igielit

W roli głównej – Iga (rocznik 2006)

Wpisy z okresu: 1.2010

 - A może my jesteśmy taką bajką i jakiś chłopczyk nas ogląda z góry?

 - Igieła? Bo urodziny się twoje zbliżają. Chcesz jakiś tort?
 - Tak, w kształcie serduszka.
 - A jakiś napis na tym torcie?
 - Nie.
 - Żaden? Na przykład „Iga”?
 - Nie.
 - Albo „cztery”? Albo cyferkę „4″? Albo „sto lat”? Albo „niech żyje!”. Albo… no cokolwiek?
 - Może być napis.
 - Jaki?
 - Tort.

 Ola w ubraniu i pełnej gotowości do wyjścia. Idzie do lumpa, kupić zieloną kamizelkę na bal przebierańców – Makowa Panienka ma występować. Robek dzielnie ćwiczy główną rolę z wiersza Brzechwy. O leniu i tapczanie.
 - Robert, weź tu trochę ogarnij, jak mnie nie będzie, bo już się nie da na to patrzeć.
 - Ogarnę, ogarnę.
 - Ale serio ci mówię.
 - A ja ci serio odpowiadam. Ogarnę.
 - To ogarnij.
 - Ogarnę, ogarnę. Spokojnie.
 - To ja lecę.
 - To ja sobie tylko jeszcze z 10 minut poleżę.
 - Aaaaaaaaaa idź! – i wbrew temu co mówi, sama wychodzi.
Na to wkracza Iga:
 - Oho… twoja żona chyba odeszła.
 - E, chyba nie.
 - Chyba tak. I już na zawsze zostanie w sklepie.

Gdyż raczej nie ogarniam rzeczywistości….
7:15
 - Pobawimy się w lekarza. JA będę lekarką, Antoś chorym dzieckiem, a ty mamą.
 - Igieła, ale na razie nie mogę. Widzisz, że robię śniadanie…
 - To będziesz taką zajętą mamą.

7:48
Po śniadaniu. Stół, kanapa i dzieci w różnych smakach i kolorach.
 - Jezu, Antoś, jesteś prosiakiem – jęczę, zbierając resztki pokarmów z gorsu, nosa i uszu.
Iga znad słuchawek lekarskich:
 - No i po co go rodziłaś…..

8:01
Kupa. Trzecia.
Iga:
 
- No, nienajgorsza….

Iga „czyta” Antkowi bajkę wieczorną, posiłkując się „Encyklopedią – ciało człowieka”:
   – Dawano, dawno temu żył sobie Dumbo, ale nie słoń, tylko człowiek, z żyłami. I jego siostra Lola. I tata, Zatuś (a jakże). I Dumbo miał żółte włosy, które widać pod mikroskopem. Pewnego dnia biegł i biegł, aż się przewrócił i krew mu leciała z nogi. I zrobił mu się strup. I opadł później. A tatuś Zatuś najpierw był taką małą kuleczką. I Dumbo i Lola. I ty, i ja. A potem urośli. Wszyscy. I ten Dumbo biegł do tego dziadziusia z czekoladą z cukrem. I spotkał. I spotkał…. Dużo witaminy. Ce!
KONIEC

 - Wymyśliłam świetną zabawę. Że JA będę motylkiem i będę tak machała
rękami i udawała, że mam skrzydła. Ty [czyli ojciec] będziesz piłką i
będziesz się tak turlał, a mama będzie człowiekiem.
 - I?
 - I będzie cię kopać…

 Autobus. Iga wyciąga z kieszeni obiecanego lizaka. Zdejmuje papierek i… O, zgrozo! Tenże ląduje na podłodze. Wydaję głośny jęk zawodu:
 - No, nie!
 Następuje ratowanie – wycieranie, czyszczenie, do porządku doprowadzanie. Bo lizak to jest lizak! Trochę to trwa, ale wreszcie
Iga może go przejąć. I przejmuje:
- No? No i o co było tyle krzyku?

 Z taka teczką tekturowa podchodzi. Taką, co jak walizeczka mała wygląda; na papiery różne.
 - Tato? Możesz mi to zamknąć?
 - Mogę.
Zamykając, słyszę:
 - Bo ja to bardzo lubię otwierać.
 

To ostatnia tego typu notka. Wszak blog ten służy czemuś innemu – nie konkursowi, nie lansowaniu się, reklamowaniu, a zapisywaniu tego, co tak naprawdę wszyscy chcielibyśmy pamiętać. Bo kto nie chciałby przeczytać swoich tekstów z dzieciństwa? My byśmy chcieli.
Prawdopodobnie jest przecież tak, że każdy z nas rzucał w pewnym momencie hasłami igopodobnymi (pisanie w komentarzach, że Iga jest pod tym względem wyjątkowa może więc mijać się z prawdą*; nie piszemy tu przecież o jej histeriach, fochach i niegrzecznościach, o tym, że bywa strasznym samolubem, a jej ulubiony kolor to, póki co, różowy – piszemy o tym, o czym pamiętać chcemy).
A nasze zwroty, nasze wypowiedzi z dzieciństwa? Też na pewno były. Tylko w większości nikt tego już nie pamięta. Albo pamięta kilka. No, nie jest tak?

Do rzeczy jednak:
Tak się złożyło, że dzięki Waszym głosom blog wszedł do III etapu konkursu. Niespodziewanie (nie ma w tym słowie krzty kokieterii i ściemniania!). Wszystkim, którzy oddali głos, albo i nie oddali, ale po prostu myślą o nas dobrze, dziękujemy. Serdecznie i bez udawania.
To naprawdę wielkie zaskoczenie. Zgłosiliśmy, bo był taki konkurs, a potem się nagle rozbuchało i jest jak jest. A jest fajnie. Bardzo.
Co się stanie dalej, naprawdę większego znaczenia nie ma. Bo nie chodzi o laptopy, wycieczki, etc. To wsparcie i fakt, że ktoś tu zagląda… to jest nagroda. I kiedyś za lat kilka(naście), jak Igieła sobie to wszystko przeczyta, to prawdopodobnie bardzo się ucieszy.
Pewnie jeszcze bardziej niż my teraz.

Jest fajnie. Dzięki Wam.

I tyle na ten temat. Następne notki będą się odnosiły już do głównej bohaterki. Dopóki się nie zestarzeje….

*choć dla nas, oczywiście, taka jest

Obosieczność

1 komentarz

 Powrót z przedszkola. Przy pomocy sanek. Tradycyjnie – w roli konia pociągowego Robert, w roli jednostki wleczonej Iga.
 Głos z tyłu:
 - Tato? A kupisz mi watę cukrową?
 - Yhm.
 - To mi kup.
 - Kupię, kupię. Tylko po pierwsze – widzisz tu jakiś sklep?
 - Nie.
 - Więc nie mam nawet, gdzie kupić. A poza tym, to ja nie wiem, w którym sklepie wy to z mamą kupujecie. Ale zapytam mamy, obiecuję.
 - A widzisz tu jakąś mamę?


  • RSS