igielit

W roli głównej – Iga (rocznik 2006)

Wpisy z okresu: 12.2009

 - Powiem ci coś: a Michał ode mnie z grupy ma zieloną trąbę!
 - Jak to? Gdzie?
 - No na ząbie przecież!

 W piątek spełnienie marzeń. Ubieranie choinki. I jest. Stoi. Świeci. Regularny odlot.

 I się budzimy na drugi dzień. Koło siódmej jakoś:
 - Iga, litości, jest sobota. Może byśmy jeszcze z pół godziny pospali chociaż?
 - Nie. Chodźmy do dużego pokoju.
 - Po co?
 - Sprawdzić, czy choinka jest.
 - Założę się, że nic się od wczoraj nie zmieniło. Ale jak chcesz, to idź  i sprawdź.
 Idzie.
 Po chwili:
 - Tato!!!! Tato!!!! Chodź!!!!
 - Po co? Nie ma?
 - Lampki trzeba zaświecić.
 Się idzie, się zaświeca, się wychodzi. Człapie. Ku łazience chyba.
 I się słyszy takie odgłosy. Szurania, szamotania, szeleszczenia. W ten deseń.
 Więc się wraca.
 - Igieła? Ale czemu ty szarpiesz tę choinkę? Wywrócisz ją.
 - Weź przestań. Ja się z nią witam.
 - acha.

 Ola do Antka przemawia.
 Takie gadki typowe. Dorosły mówi do niemowlaka, którego ma za niemotę. Klasyczne:
 - A tu kto siedzi? Tata siedzi. Tata. Ta-ta. Tata jest fajny.
 
Tu wtrąca się pierworodna. Spod nosa (wąsa brak):
 - Ale nie wygląda…

Harmonia

1 komentarz

Poranek. Śpi i, co istotne, ręka jej wystaje spod kołdry. Niestety – budzenie:
 - Iga? Wstajesz do przedszkola?
 - Yhm.
 - To wstawaj powolutku.
 Chowa rękę:
 - Jeszcze. Bo mi się ręka nie wyspała.

Każdy chyba tak miał. Z przedszkola przynosił czy skądś tam. Igieła też. Łazi ostatnio po domu i śpiewa:
 - Fasola Sido! Fasola Sido! Fasola Sido!

Tajemnice przyrody, ot co!

Rozpakowujemy siaty.
- A tu co jest?
- Szynka, dla taty, do bułek.
- A to?
- Sok jabłkowy.
- Nie lubię.
- Wiem. Dla siebie kupiłam.
- JA lubię tylko mleko waniliowe.
- Wiem o tym. Doskonale wiem.
- Albo truskawkowe.
- Tak. Wiem. Wiem.
Grzebie w siacie.
- A to?
- Zupka dla Antka.
- No a to?
- Śledzie.
Z odrazą, wrzucając je do zlewu:
- No to już naprawdę jest dla mnie przesada.

Matrix

Brak komentarzy

Wieczorami, kiedy ojciec żegluje po świecie – praca/próba/druga praca/studia/kursy – a SYN pochrapuje w tobołku z kocyka, czasem, oprócz bajki na dobranoc, pojawiają się „babsko-babskie” poważne rozmowy. O życiu.

 - A pamiętasz, jak byliśmy nad morzem? Antek był jeszcze w brzuchu?
 - Pamiętam. Był i to całkiem już spory.
 - A wcześniej? Gdzie był wcześniej?
 - YYY. Nie wiem (brak mi odwagi i kompetencji na opowieści o niebie, aniołkach czy też wybuchach atomów, a na plemniki i jajeczka trochę jednak za wcześnie. Za wysoki poziom abstrakcji, mimo wszystko. Zresztą,naprawdę nie wiem, gdzie był Antek, zanim nie trafił do mojego brzucha).

 
- JA wiem. Małe dzieci mieszkają w takich małych klateczkach, są zamknięte, wiesz? Wysoko, wysokoooooo. I tam nic więcej nie ma, tylko pełno takich klateczek. I dzieci tam mają caaaały czas zamknięte oczy i śpią. I śni im się, że mieszkają z mamą i tatą i siostrą. Ale nie mogą wyjść, dopóki ich nie zawoła mama. I Antek był tam zamknięty, i ja,  i nawet babcia Ania….

Mówcie mi Morfeusz…

 - Tato? Z kim rozmawiałeś?
 - Z Anitą.
 - A Anita jak była mała i chodziła do przedszkola… – i cisza.
 - No co dalej?
 - A Anita jak była mała i chodziła do przedszkola, to chodziła chyba do grupy „stworków”.

 - I jak tam było w teatrze?
 - No bajka była o kocie w butach i Mikołaj był. Ale nieprawdziwy…
 - Skąd wiesz??!!
 - Bo sanki miał z papieru.


  • RSS