Bal jest karnawałowy w przedszkolu. Wymyśliła i uparła się, że będzie przebrana za dziewczynkę z zapałkami.
Wychodzi z kąpieli. Długiej.
- Ciekawe, co dziadek dostanie pod choinkę... Może nową szczękę?
skomentuj (1)
- Puszczę ci Pankracego. Jak byliśmy mali, to uwielbialiśmy ten program.
- A o czym to?
- O takim psie gadającym.
- Fajnie...
Puszczamy. Śpiewa Pankracy, gada, rusza się; fakt, trochę wyliniały...
- Jakiś zdechły ten pies.
Odwróciła sie sytuacja i teraz Iga chce opowiadać nam bajki na dobranoc. Różne. Znane i mniej. Wymyślane. Na przykład wczoraj była o małej syrence, a potem o złodzieju i policjancie. I właśnie w tej drugiej padło takie zdanie:
- [...] no i potem ten policjant sie przebrał za człowieka.
Idzie na urodziny do koleżanki. W przyszłą niedzielę. I od tygodnia się dopytuje, a my od tygodnia udzielamy odpowiedzi na to samo pytanie:
- Za ile dni są te urodziny?
Dziś:
- Za ile dni idę na urodziny?
- Za siedem.
- Nie no! Coś tu mi nie gra! Codziennie mówisz co innego!
Poszli z Robkiem do kina. Wyszli po dwudziestu paru minutach. Gdyż ojciec przysnął, a córka stwierdziła, że jej się nudzi i że lepiej by było iść do domu (przy okazji gorąco nie polecamy bajki "Mniam!").
Na drugi dzień jest babcia oraz ciocia i idzie właśnie opowieść:
- Byliśmy wczoraj w kinie, ale film był tak słaby, że ja zasnąłem...
- A ja zwymiotowałam.
Chowany. Antek i niejaki Kuba szukają Igi. Szukają i szukają i znaleźć nie mogą.
W pewnym momencie rozlega się głos. Z szafy się rozlega:
- Ej, chłopaki, znajdźcie mnie już, bo się tu uduszę!
Idziemy. Jest zimno, więc Iga zakłąda rękawiczki. Walczy i walczy.
Dwa palce jej wlazły w jedno miejsce, więc:
- Tato, palcy mi brakło!
Gdyż Iga przyszła z przedszkola i śpiewa piosenkę jesienną. I na skutek niedosłyszenia (chyba, mamy nadzieję) pojawia się (w refrenie chyba) sformułowanie - "bydlę jesieni".
Więc, jakby ktoś wiedział albo się domyślał, o co chodzi, to fajnie by było, gdyby się wypowiedział czyli wspomógł.
- Mamo? Kiedy cię zabiorą do otworka?
- Co??
- No mówiłaś ostatnio, że cię chyba zabiorą do otworka.
- Do Tworek, kochanie, do Tworek...
Robek "rozmawia" z Antkiem. Iga czymś tam się zajmuje, teoretycznie nie słuchając.
Wtem:
- Głupia ta wasza rozmowa, muszę przyznać. Jeden mówi "chcesz kupę?", drugi "pupka" i tak w kółko. Bez sensu.
I opuszcza pomieszczenie.
- Będzie nowy plac zabaw w przedszkolu. I otwarcie będzie uroczyste. Prezydent przyjedzie.
- Nie idę.
- Czemu???!!!
- Nie lubię prezydenta.
Na działce u babci jest dmuchany basenik. No więc oczywiście, że Iga jest Arielką, Robek Trytonem, Antek Florkiem. Generalnie - Atlantyka, podwodny świat, syreny, te sprawy.
Wynurza się Ariel z głębin i mówi:
- O Jezu!
Robek:
- Generalnie to niezbyt syreny mają cokolwiek z Jezusem wspólnego....
Po chwili Ariel wynurza się po raz drugi. I też mówi:
- O, morski Jezusie!
Że koniecznie chce się dowiedzieć, jak to z Romeo i Julią było naprawdę, bo w bajce się skończyło dobrze. Dowiedziała się.
To teraz że koniecznie chce zobaczyć taki film. Oglądamy. Bo "pewnie i tak nie da rady i zaśnie". Bo trudny język i nudą powiewa (zwłaszcza jak się ma lat 5).
Obejrzała z zapartym tchem i do końca.
Kluczowa jest scena - Romeo truciznę sieknął , Julia się przebudziła i od razu pogrążyła w rozpaczy. Patrzymy, zmutek jest, tragedia i łzy się do oczu cisną.
Iga:
- E tam... Rusza się.
Dwa dni później.
- Fajna ta historia była?
- No.
- A co ci się najbardziej podobało?
- Trupy.
W ramach podjęcia mieszkania dwie bliskie nam dziewczyny malują spory kawałek ściany.
Obiad. Pretekst do zagajki o (nie)jedzeniu:
- Widzisz? Artyści też jedzą!
- Ale nie w pracy...
Na tapecie ostatnio "Rio"- bajka o ptakach, jeden papug nielotem jest, biorą go do Rio celem zapłodnienia ostatniej z gatunku, bla bla bla. Ważne, że kolorowy i o miłości.
Południem chłopaki śpią, w ramach inteligentnej rozrywki manualnej zakupiłam Idze papier samoprzylepny i mówię:
- Może zrobisz sobie tukana?
- JAsne, super pomysł!
Dwie minuty później
-Ale ja nie umiem go narysować....
Narysowałam
- Ale ja nie umiem odkleić...
Odkleiłam
- Ale mnie się źle przykleja...
Przyklejam
Patrzę po godzinie na swoje dzieło- naprawdę mi sie podoba i nawet do tukana jest podobny. Proponuję zatem z dumą:
- To może na drzwi sobie przyklej, co?
- Nie, na kartkę chcę
- Iga, ale kartkę zaraz gdzieś zgubisz...
- Ale ja chcę na kartkę!
- Wsadzisz gdzieś i nikt go nawet nie zobaczy, Antek podrze.... Ja bym go przykeiła na drzwi.
- To zrób sobie swojego.
Bawimy się w stylistki. Przychodzą do mnie lalki, ja je czeszę i ubieram. Iga jest asystentką. Lalki, oprządzone, siedzą rządkiem na stoliku. W pewnym momencie Iga z zachwytem:
- Mamo, patrz, ilu masz klientów!!!
Chwilę później. Ostatnia lalka. Zapinam guziczek i zrzędzę:
- A kto ci tak ręce, lalko, poobgryzał?
- A, jedna dziewczynka....
- A nie bolało cię, lalko?
- Nie, ta dziewczynka miała bardzo lepkie zęby.
- Tato? Pobawimy się "w syfa"?
- Dobra.
I trwa zabawa. Czyli rzucanie się jakąś szmatką, krzyczenie "syf", liczenie do dziesięciu i słynne - "skisł".
W pewnym momencie (po trafieniu) pada:
- A wiesz, że szmaty są bardzo podstępne...
Jako wyznawcy kiczu jesteśmy w posiadaniu figurki plastkiowej niebieskiej w kształcie matki boskiej z Jezuskiem z koroną odkręcaną (na wodę święconą słynny pojemnik).
Poranek:
- Tato! Bo Antek mnie bije Maryjką!
Przed wyjazdem Robek tłumaczy dziadkowi Andrzejowi jak obsługiwać usb w dvd (czyli woltyżerka generalnie). No i robi to siódmy raz i ćwiczą, ćwiczą, powtarzają. Skutki w okolicy mizerności.
Iga:
- Tato? A kto jest starszy - ty czy dziadek?
- Jasne, że dziadek.
- To czemu ty jesteś od niego mądrzejszy?
Coś tam tłumaczę. Iga:
- Chyba muszę to sobie zapisać w swoim notesie...
- I co? Będziesz sobie to czytać potem co jakiś czas?
- No coś ty?! Przecież ja nie umiem czytać!
Dzwoni A że lalkę ma śpiewającą, że pada, że dziś moczyła nogi w basenie. że czy Antoś nowe słowo powiedział i że koniecznie trzeba go nauczyć mówić wyraźnie "ANDRZEJ" (????). I nagle rzecze:
- A jaki jest dzień? Poniedziałek, środa, niedziela?
- Czwartek jest dzisiaj.
- Acha. A u was?
Ledwo wróciła. Z Rabki. Zdała relację. Wieczorem w kuchni:
- A kiedy ja jadę z babcią Anią na wakacje?
- Za tydzień.
- A za ile to dni?
- Za siedem. To krótko jest.
- A jak się nazywa ten świat, co tam jadę? Bo zapomniałam?
- Wadowice. Jedziecie do Wadowic.
- Ładowice? To się chyba tam ładnie naładujemy??????
Kremówkami. I bitą śmietaną.
Gdyż Iga chce być "mararką":
- leń pozaregulaminowy
- straż pożarna
- Nie wiem, jak to się stało ale nie masz prawie wcale skarpetek do pary. Muszę ci na ten wyjazd jeszcze jutro dokupić...
- Zgadzam się.
Wycieczka jest. Do parku Indian.
- Tato, przeczytaj mi, co będzie na obiad?
- Ci, co jadą na wycieczkę mają kiełbaskę z grilla.
- Buuuuuuuuu...
- Ale co jest?
- Bo ja nie lubię zgniłej kiełbasy.
- Nie "zgniła" tylko "z grilla".
- Uf